30 lat Radia Weekend

Uff! Udało się! Wodziłem wzrokiem po półkach z książkami, żeby znaleźć „Bedeker chojnicki”. To jedno z trzech miejsc, gdzie można odnaleźć śladowe, ale jednak informacje związane z powstaniem Radia Weekend. Drugiego miejsca nie zdradzę, a trzecie to pamięć ludzi, którzy radio tworzyli. No, może czwartym miejscem jest jeszcze moja kopalnia zabytków. Coś tam związanego z początkami Radia Weekend można znaleźć. Nawet nie powiem, unikaty. Może jeszcze kiedyś z nich zrobię użytek. Zastanowię się. Radiu mija 30 lat i – myślę, że z dumą – mówią o tym obecnie na antenie.

Tym razem nie napiszę o fragmencie z historii Chojnic tekstu w formie bezosobowej „spotkali się”, „podjęli decyzję”, „założyli”, „od dnia tego i tego rozpoczęto”, bo będę pisał o rzeczach, w których sam brałem udział. Co więcej, raczej za bardzo nie będą pojawiały się daty dzienne, często za to będzie „chyba w…”. Nie mam zamiaru pisać rozprawy doktorskiej, a na kwerendę źródeł za bardzo nie miałem czasu. Naczelny „Chojniczanina” zadzwonił i nawet nie prosił tylko stwierdził – „Obiło mi się coś o uszy, że zakładałeś Radio Weekend”. Zrobiłem oczy jak u trzeciego psa w bajce Andersena i pytam – Skąd Ty to wiesz? Prehistoria! Mało kto to wie, jeszcze mniej pamięta lub są pewnie tacy, którzy nie chcą tego pamiętać albo by to chętnie z pamięci wygumkowali. Jak Wałęsę. A pamięć jest ulotna, nie wszystko zostaje w głowie albo się w niej głęboko chowa. Przekonałem się o tym, gdy przy jakiejś tam okazji spotkali się ze mną i chwilę o dawnych dziejach pogadali Jacek Studziński i Roman Kortas. Przyznam się, że gdy oni mówili o pewnych radiowych historiach, otwierały mi się w głowie klapki, a mój głos wewnętrzny mówił „Jezu! Faktycznie tak było, teraz mi się przypomina!” Nie wymienię wszystkich ludzi, którzy się przewinęli, bo nie wszystkie nazwiska już pamiętam. Wiem, że części z nich obecnie nawet nie ma w Chojnicach. Nie o wszystkim też będę wspominać, bo nie ma na to miejsca, a również nie we wszystkim co się w radiu działo, byłem przecież w stanie brać udział. – To jak? Napiszesz? – drążył Naczelny? Przytaknąłem. Dlatego też w tekście od czasu do czasu będzie (ja) zrobiłem, (ja) byłem, itp.

Wróćmy do „Bedekera chojnickiego”. Dzięki uprzejmości autora, pana Kazimierza Ostrowskiego, znalazła się tam i moja facjata z krótką wzmianką, w której znajduje się taki passus: „Jeden z trzech założycieli i pierwszych współwłaścicieli Radia Weekend”. Dzisiaj, co smutne, to zdanie powinno brzmieć „Jedyny żyjący z trzech założycieli i pierwszych współwłaścicieli Radia Weekend”. Jak w piosence Perfectu – było nas trzech, każdy z nas inna krew – ci dwaj pozostali to Edmund Pobłocki i Leszek Fryca. Może to i zaskoczenie dla czytelników, ale wymazać się tego nie da. Nasza trójka założyła Radio Weekend. Edek miał wiedzę techniczną, Lechu miał kasę, a ja trochę wiedzy radiowej. I tak się zaczęło.

Emisje z domu Edka

Pierwsze emisje radiowe, ale nie krótkofalarskie tylko o charakterze emisji broadcastingowej były z mieszkania Edka przy ulicy Prochowej 17. Tam też powstawały jego konstrukcje. Przy wielu z nich swój udział miał, a potem pomagał w ich realizacji Zbigniew Kosiedowski. Gdzieś sierpnień-wrzesień 1992 roku Edek skonstruował nadajnik na zakres radiowy UKF. Mocy miał mało, ale nawet przy tych kilku watach, na antenie typu ground plan, w Chojnicach to nadawanie było bez problemu odbierane, mimo że miejsce nadawania nie było najwyższym punktem miasta. Puszczana była muzyka z płyt. Dzisiaj w dobie plików mp3, muzyki granej z komputera może to nie być takie oczywiste dla młodego czytelnika. Wtedy królowały jeszcze winyle, kompakty (płyty CD) owszem były, ale jeszcze dosyć drogie, a te oryginalne to już szczególnie. Muzyczne fascynacje Edka to nie było disco polo, do Marii Koterbskiej też mu było daleko. Cream, Led Zeppelin, T-Rex, Pink Floyd, Jimmy Page, Robert Plant, Eric Clapton – to były jego klimaty muzyczne. I taka też muzyka płynęła w eter. Żadnego gadania, nic, sama muzyka. Potem Edek zaczynał uchylać rąbka tajemnicy. Dopiero po jakimś czasie pojawiło się „gadanie”. Ponieważ wszyscy, którzy zostali wtajemniczeni, pracowali zawodowo i nie było za bardzo czasu na zajmowanie się „radiem” w tygodniu, emisje były realizowane w soboty i niedziele. To szło w kierunku unormowania czasu nadawania, aby potencjalni słuchacze wiedzieli, kiedy włączyć radioodbiorniki. Różnymi metodami próbowaliśmy poinformować, kiedy nadajemy. Ale tak, by nie zaliczyć wpadki. Bo to, co robiliśmy, było jednak nadal nie do końca legalne. W „Gazecie Chojnickiej”, miesięczniku kierowanym przez Marię Eichler 25 września 1992 roku pojawiła się notatka „Nowe radio?” w której czytamy: „W ostatnim czasie pojawiają się na falach radiowych UKF rozgłośnie o (…) lokalnym zasięgu. Słyszalne są (…) „Radio Weekend”. To ostatnie jest słyszalne najlepiej, ale jak do tej pory trudno zorientować się, skąd nadaje, a jego emisje ok. częstotliwości 70 MHz są nieregularne.” Tekst był niepodpisany. Autor się nie ujawnił z tzw. względów „bezpieczeństwa”. Dzisiaj mogę zdradzić autora – to byłem ja.

Już wtedy pojawiła się nazwa „Radio Weekend”. Kto na nią wpadł? Srebrny Jacek. To nie żart! Ale po kolei. Od początku w radiu był Wojtek Miller. Starszym chojniczanom na pewno to nazwisko coś mówi. Lata 90 ubiegłego wieku to boom na CB radio. Miało je wielu – taksówkarze (sławetny kanał nr 2), kierowcy ciężarówek i osobówek, były też stacje po domach. Ponieważ Edek również naprawiał urządzenia radiokomunikacyjne, w tym CB-radia, to środowisko było mu dobrze znane. Bo wtedy „si-bi” to było zjawisko społeczne. Zloty, spotkania towarzyskie użytkowników, miało się kolegów z CB-radia. Każdy miał swoją ksywkę, np. Darek Zefir, Czesiu Santana, 07, Heniu 400, Janusz Sokół. Obaj (autor ma na myśli siebie samego) z Edkiem byliśmy krótkofalowcami. Sprawy łączności radiowej nie były nam obce więc i kontakty z grupą użytkowników CB-radio nie były czymś dziwnym. Zresztą sami też go używaliśmy. I Wojtek Miler zaproponował, żeby zapytać słuchaczy, jak ma nazywać się radio. Padały różne nazwy, ale Srebrny Jacek trafił „w punkt”.

Edmund Pobłocki 1953-2007

W radiowęźle Mostostalu

Czas płynął i nadawanie z domu Edka przestało wystarczać. Jeśli miało się dalej dziać coś sensownego, trzeba było wyjść z ukrycia, stworzyć warunki do radiowej roboty. I tak wylądowaliśmy ostatecznie w dawnym biurowcu zakładu Mostostal. Październik 1992? Dostaliśmy pomieszczenie nieczynnego radiowęzła. Marzenie! Mieliśmy prawdziwe reżyserkę i spikernię! Trzeba teraz było temu wszystkiemu nadać nowe ramy, zbudować „prawdziwy” zespół i „prawdziwy” program. To była moja działka. Przez dwa lata studiów intensywnie działałem w radiu uczelnianym UMK w Toruniu. Dostałem tam niezłą szkołę. Jak to się mówi – byłem po obu stronach szyby. Czyli przeszedłem szkołę zarówno jako realizator techniczny programu i jako spiker. Pamiętam, że m.in. pracowaliśmy na studyjnych magnetofonach o prędkości przesuwu taśmy 38 cm/s. Komputerów nie było! Nagrany materiał dźwiękowy do audycji montowało się tnąc żyletką taśmę i w odpowiednim miejscu sklejając z następnym kawałkiem, wyrzucając to, co zbędne. Dostałem taką szkołę, że nauczyłem się wycinać pojedyncze głoski w wypowiedzi. – Masz sklejkę? – to było wtedy normalne pytanie przy obrabianiu materiału dźwiękowego.

Tworząc program, oczywiście nie robiłem tego sam. To było fizyczną niemożliwością. Wspomniany Wojtek Miller przez 5 dni starał się stworzyć ramówkę na kolejny weekend, przygotować jakiś konkurs. Bardzo popularny był „Czy znasz swoje miasto?”. Ludzie dzwonili do radia, odpowiadali na antenie. Widzieli, a w zasadzie słyszeli, że nie ma ściemy, że to leci „na żywo”. Kiedyś pamiętam z Wojtkiem odstawiliśmy na antenie show. Coś nas naszło i zrobiliśmy „na żywo” relację, co słychać w mieście. Owo „na żywo” jest w cudzysłowie, bo ja byłem przy telefonie w domu, a Wojtek siedział w radio. Poza tym drobiazgiem na żywo było. Całości już nie pamiętam. Ale pamiętam, że świetnie się bawiliśmy. Tak nas poniosło, że z relacji wynikało, iż w Chojnicach mamy sytuację zbliżoną do tej opisanej w „Wojnie światów” Wells’a. Czy słuchacze bawili się równie dobrze jak my? Nie wiem do dzisiaj…

Bloki i konkursy

Wracając do zespołu. W pewnym momencie, to był jeszcze koniec 1992 roku, daliśmy ogłoszenie, że Radio Weekend poszukuje ludzi do współpracy. Dzisiaj to się nazywa casting. Wtedy – musimy kimś robić to radio! Jacek Studziński wybrał się na to spotkanie razem z Michałem Leszczyńskim. Do dzisiaj pamięta mnóstwo ludzi stojących w wielkich holu biurowca Mostostalu, czekających na coś w rodzaju rozmowy kwalifikacyjnej i Marię Eichler, która była jedną z prowadzących te przesłuchania. Nie był to przypadek, bo z Edkiem Pobłockim też się doskonale znała i to on ją o udział w tym przedsięwzięciu poprosił. – Razem z jeszcze jedna panią, której nazwiska nie pamiętam, była to osoba ze świetną dykcją, polonistka, przypadło nam zadanie przeprowadzenia pierwszej selekcji wśród tych, co się zgłosili. A „pracy” było sporo, bo poziom przygotowania tych osób był bardzo różny – wspomina. Dzięki naborowi zespół powiększył się na tyle, że można było myśleć o programie od godziny 7 do 22-24. Jedną z takich audycji, która się wtedy godzinach nocnych pojawiła, w głównej mierze autorstwa Sławka Steinborna, był „Wieczór muzyczny”. Zaczynał się o 22, gdy kończyły się bloki autorskie.

Przykładem takiego bloku autorskiego były „Rozmaitości” prowadzone przez Jacka Studzińskiego i Michała Leszczyńskiego. W ich ramówce m.in. było 5 minut z muzyką poważną, 5 minut z poezją, wywiady, sondy uliczne, cykl niesamowite opowieści, konkursy. Słuchacze dzwonili i wygrywali np. kolację we dwoje w kawiarni „Zakazana” w Lasku Miejskim, kasetę czy płytę z muzyką. – Konkursy wprowadziliśmy m.in. po to, by wiedzieć, czy jesteśmy słuchani. Będzie odzew na konkurs, czyli słuchają – wspomina po latach Jacek Studziński. Linie telefoniczne udostępnił Mostostal, jako firma mieli kilka numerów. To nie były czasy, w których telefon załatwiało się od ręki. Radio korzystało z numeru 71111, potem doszło 39, bo Telekomunikacja Polska modernizowała usługi i całe Chojnice dostały ten nowy początek. Tak więc mieliśmy do radia 397-11-11. Mieliśmy też numer faksowy 397-11-01. Była specjalna linia, dla nas ludzi z radia, „tajny” numer 397-11-52. Gdy było trzeba dzwonić, a na antenie był słuchacz, przecież nie wypadało go rozłączać!

– Co do konkursów. Według dzisiejszych standardów, to były konkursy zupełnie nie radiowe, zaprzeczenie tego, co mamy dzisiaj. Ale właśnie dzięki temu możemy dzisiaj stwierdzić, że oddawały one lokalny charakter radia – wspomina Maria Eichler. – Pytania dotyczyły spraw miasta, bieżącej polityki, były takie, jak nam się wydawało, żeby większość słuchaczy miała szansę odpowiedzenia na nie. Bo przecież nie chodziło o konkurs, w którym po zadaniu pytania nikt nie zadzwoni, bo trzeba by nieć profesorski tytuł, by znać odpowiedź. A do dyspozycji wtedy nie była wszechwładna Wikipedia, tylko encyklopedia PWN albo inne „papierowe” słowniki lub leksykony. Podaj datę dokładnego wpisania chojnickiej fary do rejestrów jako bazyliki mniejszej? Wydarzenie bardzo ważne dla chojniczan, więc znalazło konkursowe odzwierciedlenie. Jak nazywa się minister od przekształceń własnościowych (czasy gospodarczej transformacji kraju)? Jakiego państwa prezydentem jest Borys Jelcyn? Kto jest redaktorem naczelnym „Gazety Wyborczej”? Ale był i cięższy kaliber. „Burza”, „Wesołe kumoszki z Windsoru”, „Otello” – to tytuły czyich dzieł? Pytania o Salmana Rushdi, co robi słynna Anastazja P? Kto nakręcił film oparty na wydarzeniach związanych z porwaniem córki wicemarszałka sejmu Andrzeja Kerna? Która aktorka polska og łosiła publicznie, że 4 czerwca 1989 roku upadł w Polsce komunizm? Jaki proszek jest reklamowany w formie nawiązania do Trylogii Henryka Sienkiewicza? Czy w Chojnicach istnieją szkoły prywatne i społeczne? Przy jakiej ulicy mieści się w Chojnicach Urząd Miejski? Wymień wszystkich burmistrzów naszego miasta w tej kadencji (chodziło o burmistrza i jego zastępców – przyp. PE).
– Czyli rozrzut tematyczny bardzo wielki. Od spraw nam odległych do tych bardzo lokalnych. Wtedy te pytania były łatwe, ludzie byli w stanie na nie odpowiedzieć. O tym się mówiło i pisało – przypomina sobie Maria Eichler.

Program 24-godzinny wszedł latem 1993 roku i to znowu ostateczną decyzję podjął Edek. Miał z nas chyba najwięcej wiary w to, że to się musi udać. Trochę ułatwiał nam życie fakt, że w tamtych czasach, również w rozgłośniach Polskiego Radia, „puszczało” się w audycjach całe płyty. Dzisiaj rzecz nie do pomyślenia, wtedy słuchacze wręcz wyczekiwali takich audycji. Jak z kompaktu – 40 minut audycji. Zapowiedź i następna płyta. Przy winylach trzeba było po jednej stronie coś zagadać, jednocześnie w międzyczasie przełożyć płytę i puścić ją dalej. Słuchawki z mikrofonem były w takiej sytuacji nieocenione. – Co do muzyki, to korzystaliśmy z zasobów nie tylko prywatnych, ale również osób, które sprzedawały płyty i kasety. Pamiętam taką współpracę z panem Markiem Augustynem. Był na nią bardzo otwarty, miał wtedy sklep na ulicy Kościuszki. A my w audycji wspominaliśmy dzięki komu mamy nagrania – przypomina sobie Jacek Studziński.

Szpulowiec z Radia Plus

Audycje były realizowane przy użyciu powszechnie dostępnego sprzętu. Mikser był klasy „radiowęzłowej”, podrasowany przez Edka, przystosowany do emisji stereofonicznej. Używaliśmy gramofonów klasy „Daniela”, kaseciaków „szuflad”, magnetofonów szpulowych, odtwarzacza płyt CD. Pewnych rzeczy nie dało się zrobić samemu. Mimo że Edek był świetnym elektronikiem, pierwszy nadajnik był jego pomysłu i wykonania, potrzeba było sprzętu wykonanego fabrycznie. Nadarzyła się okazja – Radio Plus w Gdańsku pozbywało się części „zabawek”. Dla nich były to rzeczy wysłużone, na nasze potrzeby wystarczyły. Dla nich był wysłużony, na nasze potrzeby wystarczył. Pojechaliśmy na zakupy. Przywieźliśmy wtedy studyjnego szpulowca, takiego na jakim pracowałem w Toruniu. Miał chyba iść na złom, więc go zabraliśmy. Niestety, radiowe życie akurat ten sprzęt zweryfikowało negatywnie. Nie pamiętam, ale albo zmontowałem jeden, dwa materiały na nim? A może nie zmontowałem na nim ani jednej audycji. Czy zabrakło taśm, czy Edek go w ogóle nie podłączył? Tu spada zasłona niepamięci.

Co do finansowej strony funkcjonowania radia, na początku było to napędzane hurra-optymizmem. Nikt nie zadawał pytań, „a za ile i kiedy”. Jednak były wydatki bieżące, więc zaczęło się szukanie reklamodawców (droższe), ogłoszeniodawców (tańsze) – potrzebne zaczynały być pieniądze. Na tym etapie nie chodziło o skomercjalizowanie radia, ale o to, by mniej do tego radia dokładać. Zaczęliśmy tworzyć spoty reklamowe (wtedy nikt tego tak nie nazywał…) w postaci singli, odgrywanych scenek z podkładaną muzyką. W pewnym momencie nawet nagrywaliśmy reklamy w profesjonalnych studiach (klient płaci, klient wymaga!) oraz pojawiło się emitowanie reklam dostarczanych w ramach kampanii ogólnopolskich lub regionalnych. Pojawiły się reklamy „barterowe”. Reklamodawca przekazywał nam zamiast gotówki np. fanty na nagrody w konkursach, co doskonale pamięta do dzisiaj Roman Kortas. Zresztą jako realizator techniczny programów radia również w narywaniu tych reklam uczestniczył. Pamiętam jak jednego dnia o 22 kończyłem dyżur z Hanią Gredką. Zmęczeni, już się cieszymy, że zaraz kończymy i do domu. A tu telefon, że na rano musi być gotowa reklama. Mus to mus. Ale postanowiłem się odkuć i dla samego tytułu wybrałem kawałek zespołu Raz-Dwa-Trzy „Policjanci w Sztokholmie gonią się po sex shopie”. Zrobiliśmy swoje, następnego dnia po południu, jak przyszedłem do pracy okazało się, że dostaliśmy pochwały, bo zadzwonił właściciel sklepu i był reklamą zachwycony – jak wspomina. – Wtedy byliśmy źli, że nas ta dodatkowa robota trafiła, a dzisiaj to anegdota z radiowej przeszłości. Dzięki reklamom byliśmy w stanie zacząć nawet członkom zespołu wypłacać drobne gaże. To nie był finansowy szał, ale zawsze! Jak wspomina Jacek Studziński – W moim archiwum zachował się kwit-pit o dochodach za 1993 rok, podpisany przez Edka Pobłockiego. 2 094 400 zł, tyle zarobiłem przez 8 miesięcy tego roku w radio.

Z własnego doświadczenia Jacek Studziński pamięta, że chojniczanie bardzo pozytywnie podchodzili wtedy do radia. To było coś nowego, swojego. Gdy radiowcy wychodzili robić np. reportaże czy sondy uliczne spotykali się z wyrazami sympatii, rozmówcy wypowiadali się chętnie – można było odnieść ważenie, że chcieli być słyszani w „swoim” radiu. To wyjście w teren też przysparzało radiu słuchaczy. Takim potwierdzeniem na te słowa była pierwsza akcja charytatywna, którą to „moje” Radio Weekend przeprowadziło w 1993 – przypomina Roman Kortas. – Była to zbiórka pieniędzy dla niepełnosprawnej dziewczyny na wózek inwalidzki. Oddźwięk był niesamowity, ludzie przynosili pieniądze, zostawiali w studiu, nie chcieli żadnych pokwitowań. Takie było do nas zaufanie. Zebraliśmy wtedy 25 000 000 zł (wg tamtego nominału). Wózek kosztował 14 000 000 zł. Roman Kortas pojechał przekazać zainteresowanej tę wiadomość. Do dzisiaj pamięta, jak niesamowite było to przeżycie. A pozostałe pieniądze trafiły do TPD, z którym radio współpracowało.

Koncesja – koniec przygody

Częstotliwość nadawania 70,85 MHz została wybrana nieprzypadkowo. Chodziło o to, żeby nie zakłócać innych stacji, szczególnie „państwowych”. Żeby nikt nie zgłosił za szybko, że coś się dzieje. Wtedy szybkość działania Państwowej Agencji Radiokomunikacyjnej w wypadku zakłócania sygnałów radiowych była błyskawiczna. Kontrola mogła się skończyć zamknięciem całego interesu. Mieliśmy spore dylematy. Chociaż z drugiej strony sytuacja była sprzyjająca. Dokonywały się zmiany w prawie, trwały prace, nikt tak do końca nie wiedział, w którą to pójdzie stronę. Pojawiały się pogłoski, że ma powstać jakaś Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, mają być przyznawane koncesje dla stacji lokalnych. Nadajnik miał 3 waty, antena była własnej konstrukcji. Słychać nas było, ale nie za daleko. Były dylematy, Edek miał ich najwięcej. Figurowało to wszystko na niego i w razie czego ponosił największą odpowiedzialność. W końcu „doczekaliśmy” się kontroli, ale skończyło się na wlepieniu kary. Najprawdopodobniej to wydarzenie spowodowało lub przyspieszyło zakup nadajnika fabrycznego z homologacją. To powodowało, że byliśmy „bardziej legalni”, choć do pełni prawnego szczęścia było daleko. No i poprawił się zasięg – słychać nas było przy dobrych warunkach propagacyjnych w promieniu 80 km.

Ostatecznie stało się jasnym, że bez koncesji się nie obędzie. To był rok 1993. W radiu wtedy, kwiecień-maj na pewno, a może i wcześniej, do zespołu dołączył Tomasz Myck. Z nas wszystkich Edek miał do powiedzenia najwięcej, bo „Radio Weekend” to był jego pomysł, jego dziecko, włożył w nie z nas wszystkich najwięcej serca. Kiedy było wiadomo, że nie damy rady przeskoczyć kosztów koncesji, pojawiły się pytania, co robić dalej? Gdzieś po drodze pojawiła się osoba Piotra Granowskiego. Edek z nim prowadził rozmowy, co z radiem. Ja w nich nie uczestniczyłem, a czy Lech Fryca wiedział o wszystkim? Czy jakieś rozmowy z Granowskim prowadził T. Myck? Nie wiem. W pewnym momencie Edek zakomunikował, że sprzedajemy Radio. I tak się też stało – Radio Weekend zaczęło stanowić część przedsięwzięć biznesowych Piotra Granowskiego, a Tomasz Myck został pierwszym redaktorem naczelnym radia w nowym układzie właścicielskim.

Cała przygoda z Radiem Weekend jego twórców i pierwszych właścicieli oraz zespołu ludzi, który to radio razem z nimi tworzyli, trwała rok. Czym ten rok był? Odskocznią od codzienności? Realizacją własnych fascynacji mediami? Nadzieją na coś innego, co będzie kolejnym etapem zawodowego rozwoju? Szansą na wielki biznes? Przygodą? Każdy z uczestniczących w tym przedsięwzięciu musi sobie odpowiedzieć na to sam. Z mojego, autora tego tekstu, punktu widzenia na pewno okresem pracy z zespołem fajnych ludzi. Wszyscy uczyli się rzeczy dla siebie nowych, niedostatki dziennikarskiego i nie tylko warsztatu po części tuszował entuzjazm, a niektórzy z nas byli w stanie „w tej robocie” edukować pozostałych i szło coraz lepiej. Kto nie pasował do zespołu, odpadł. Zostali – nie bójmy się tego słowa – najlepsi. Z jednej strony, ostatecznie pierwsi współwłaściciele kokosów na tym radiu nie zrobili, Rupertami Murdochami chojnickiego rynku medialnego nie zostali. Z drugiej strony, to jednak coś założycielom Radia Weekend się udało…

— Piotr Eichler

przez Redakcja Chojniczanin.pl

Reklama

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.